Po Mszy uczestniczyłem w spektaklu w Nowej Hucie. Był intrygujący, mistyczny, momentami prowokujący. Jezus został przedstawiony jako Bóg karzący. To obraz świata bez miłosierdzia. Czułem niepokój, gdy widzowie reagowali śmiechem. Święte rzeczy wymagają skupienia. Czasem zamiast szukać sensu, zatrzymujemy się na powierzchni.
Zrozumiałem, jak bardzo żyjemy w czasie miłosierdzia. Łatwo je nadużyć. Skoro Bóg pozwala, robimy, co chcemy. A przecież cierpliwość Boga jest darem, nie przyzwoleniem.
W czwartek byłem u spowiedzi. Brat franciszkanin powiedział, że jednym z najcięższych krzyży jest nasz własny grzech. To zdanie otworzyło mi oczy. Grzech nie musi być końcem relacji z Bogiem. Może stać się miejscem łaski, jeśli rodzi prawdziwą skruchę. Gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska.
Krzyż doprowadził do śmierci Jezusa, ale także do zmartwychwstania. Bóg potrafi wyprowadzić dobro z największego zła. To nie znaczy, że zło jest dobre. To znaczy, że miłosierdzie jest większe.
Nasza dusza jest rozdarta między dobrem a złem. Jakby miała dwa kierunki. Czasem zwracamy się ku światłu, czasem ku ciemności. Przypomina mi się prośba Elizeusza o podwójną część ducha Eliasza. Chciał pełni, nie połowiczności.
Chcę oddawać Bogu cześć całą duszą – zarówno w chwilach cnoty, jak i słabości. Widziałem świadectwo kapłana z Jerozolimy, który przeżył kryzys wiary i zabraniał modlitwy za siebie. Później nie potrafił sobie wybaczyć tych słów, choć wierzył, że Bóg mu wybaczył. To pokazuje, że kapłani także zmagają się z wątpliwościami.
Bóg jednak kocha także wtedy, gdy jesteśmy daleko. I może właśnie w tym objawia się największa tajemnica Jego miłosierdzia.
Komentarze
Prześlij komentarz