Kilka miesięcy temu miałem sen o burzącej się świątyni. To nie był zwykły obraz rozpadu. To było doświadczenie niemal fizyczne. Mury pękały, sklepienie osuwało się, kurz unosił się w powietrzu. Nie było w tym hałasie triumfu, raczej przejmująca cisza po wszystkim. Upadek był nagły, jakby coś, co wydawało się trwałe, w jednej chwili straciło fundament.
Długo nie chciałem o tym pisać. Obawiałem się, że ktoś odczyta to jako proroctwo albo osąd. A ja nie chcę osądzać. Nie wiem, co znaczą te sny. Wiem tylko, że wracają. Podobny sen miałem 9 czerwca 2012 roku. Inna świątynia, inna sceneria, ale to samo wrażenie: coś wielkiego chwieje się w posadach.
Po przebudzeniu zawsze zostaje pytanie: czy chodzi o budowlę z kamienia, czy o wspólnotę ludzi? A może o moje własne wnętrze? Może świątynia jest symbolem wiary, która potrzebuje oczyszczenia? Nie wiem.
Wiem natomiast, że Kościół — jak każdy człowiek — nie jest wolny od błędów. Jeśli człowiek potrafi uklęknąć w konfesjonale i powiedzieć: „zgrzeszyłem”, to wspólnota również powinna mieć odwagę przyznać się do winy. Oczyszczenie nie jest słabością. Jest siłą.
Nie piszę tego z gniewu. Piszę z bólu i z troski. Bo jeśli świątynia ma przetrwać, musi mieć fundament głębszy niż struktury i urzędy. Fundamentem jest prawda. A prawda czasem boli.
Komentarze
Prześlij komentarz