Przytoczyłem Dekalog według Księgi Wyjścia (Wj 20,1–17). Nie uczyniłem tego przypadkowo. Chciałem wrócić do źródła, do słów, które zostały wypowiedziane wprost, zanim zostały skrócone, uporządkowane i ujęte w katechetyczne formuły. Gdy uważnie porówna się tekst biblijny z wersją przykazań używaną w Kościele katolickim, można dostrzec różnice w podziale i numeracji. W tekście biblijnym zakaz sporządzania rzeźb i obrazów oraz oddawania im pokłonu stanowi wyraźną część drugiego przykazania. W katechetycznej formule treść ta zostaje włączona do pierwszego przykazania, natomiast rozróżnienie między pożądaniem żony bliźniego a jego dóbr rozdzielono na dwa osobne punkty.
Nie twierdzę, że zmieniono sens moralny. Sens pozostaje ten sam — Bóg ma być na pierwszym miejscu, a serce człowieka nie może być rozdarte między Stwórcą a rzeczami stworzonymi. Zastanawia mnie jednak sposób redakcji. Skrót zawsze coś upraszcza, a uproszczenie może coś zaciemnić. Dlatego wracam do tekstu pierwotnego, aby zobaczyć całość.
Uważam, że obraz czy figura same w sobie nie są złe. Materia nie jest wrogiem ducha. Obrazy mogą pomagać w modlitwie, skupieniu, kontemplacji. Mogą być jak okno, przez które człowiek patrzy ku Temu, który jest niewidzialny. Nie mogą jednak stać się celem samym w sobie. Nie mogą zastąpić Boga. Są tylko znakiem.
Cześć i chwała należą się wyłącznie Bogu — w duchu i w prawdzie. To zdanie wraca do mnie często. Dlatego także moje własne symbole i grafiki traktuję jako próbę wyrażenia tego, co wewnętrzne. Nie oddaję im czci. Nie są świętością samą w sobie. Są tylko próbą nazwania tajemnicy. Może nieporadną, może niedoskonałą, ale szczerą.
W świecie pełnym obrazów łatwo zapomnieć, że światło nie pochodzi z farby ani z płótna. Źródło światła jest gdzie indziej. Obraz może jedynie odbijać blask. I tylko wtedy ma sens.
Komentarze
Prześlij komentarz