Dzisiaj rozpoczęło się konklawe. Benedykt XVI abdykował. Teraz czekamy na wybór jego następcy. Jest to dla mnie czas oczekiwania i wielkiej nadziei na dobre zmiany. Myślami jestem z kardynałami i proszę dla nich o łaski i dary Ducha Świętego, które pomogą im w dobrym wyborze.
Byłem również dzisiaj w spowiedzi — często korzystam z tego sakramentu. Potem wróciłem do domu i oglądałem, jak kardynałowie składają przysięgę. Po przysiędze wszyscy opuścili Kaplicę Sykstyńską. Zjadłem kolację i poszedłem na Mszę Świętą. Po Mszy schola w mojej parafii zorganizowała nabożeństwo o tematyce krzyża pod nazwą „Światło – Dźwięk”. Podczas tego nabożeństwa prezentowano zdjęcia, których tematem przewodnim był krzyż, a temu wszystkiemu towarzyszyła muzyka, śpiew i rozważania.
Jedno ze zdjęć przedstawiało krzyż w świetle zachodzącego słońca, a w oddali maleńką postać pod krzyżem. Wtedy pomyślałem, że nawet jeśli wszyscy odejdą od krzyża, na którym umarł Jezus, ja pozostanę jak ta maleńka postać — nawet jeśli będę tam zupełnie sam.
Podczas tego nabożeństwa postanowiłem, że napiszę tutaj o jednym z przeżyć, jakie miałem podczas rekolekcji oazowych, na których byłem wiele lat temu. Podczas tych rekolekcji pojechałem do Warszawy, by prosić rektora o przyjęcie mnie do seminarium. Rektor wyraził zgodę. Następnego dnia byłem już w szpitalu.
Miałem wrażenie, że jestem pomiędzy dwiema skrajnościami — nazywałem to ciemnością i jasnością. Czasem pochłaniała mnie ciemność, a czasem jasność. Tam, gdzie była ciemność, czułem zmęczenie i strach. Tam, gdzie była jasność, przepełniała mnie miłość i poczucie szczęścia. W pewnym momencie byłem tak blisko tej jasności, światła, Boga, miłości, że wydawało mi się, jakbym się rozpływał i znikał. Moja świadomość istnienia była bliska „0”. Miałem wrażenie, jakby za tym światłem już nic nie było — tylko Bóg i miłość — ale mnie, jako świadomości istnienia, miało tam już nie być.
Po miesiącu wyszedłem ze szpitala, ponieważ mówiłem lekarzom to, co chcieli usłyszeć. Dobrze się stało, że wyszedłem, bo tylko w ten sposób mogłem wrócić do rzeczywistości. Często ten stan wracał do mnie w następnym roku, by ostatecznie wybuchnąć ponownie. Kolejny pobyt w szpitalu trwał 1,5 miesiąca. Zmieniono mi tabletki. Nie czułem, żeby mi pomagały. Czułem za to otępienie i ospałość.
Dopiero podczas tego drugiego pobytu w szpitalu, kiedy po raz pierwszy powiedziałem temu stanowi stanowcze „NIE”, wszystko zaczęło powoli się cofać. Zauważyłem tę zależność: kiedy w myślach mówię „NIE”, wracam. Po pewnym czasie zacząłem również bardzo świadomie mówić „TAK” wtedy, kiedy czułem, że mogę to powiedzieć i będzie to dla mojego dobra oraz zdrowia. W ten sposób wyszedłem z tego stanu i wróciłem do rzeczywistości.
Wnioski po tym doświadczeniu mam następujące: Bóg jest miłością. Kiedy umieramy, jednoczymy się z tą Miłością i rozpływamy się w niej. Mam jednak wciąż nadzieję, że gdzieś w tym rozmytym „ja” — tam, gdzie nie czuję już istnienia, tylko i wyłącznie obecność Boga — jest zakodowany mój niewidoczny obraz. Wierzę, że słowa Jezusa były Prawdą, i wierzę, że kiedyś ta Miłość zstąpi na ziemię. Wtedy z tej miłości zostaną wyłuskane obrazy ludzi — ich ślady — by ostatecznie wskrzesić ich z martwych.

Komentarze
Prześlij komentarz