Śniło mi się, że umarłem. W trakcie, kiedy przechodziłem na drugą stronę, wciąż spadałem w dół, otchłań, pustkę, nicość. Panicznie krzyczałem i byłem przerażony. Odczuwałem jak moja świadomość przestaje istnieć i odchodzę w niebyt. Wydawało mi się, że trwa to bez końca. W pewnej chwili, gdy byłem już u skraju wyczerpania, zobaczyłem w oddali plamkę. Plamka była przede mną. Zbliżałem się do niej, jakbym płynął w powietrzu. Jasność wyłaniała się z ciemności, aż zacząłem rozpoznawać kształty. Wszystko działo się bardzo powoli i w absolutnej ciszy. Powoli odzyskiwałem spokój ducha i przenikało mnie szczęście, że nadal mogę istnieć. Kształty zaczęły przypominać zarysy fontanny z bijącą i spływającą czystą wodą. Była przepiękna, a woda aż błyszczała. Kiedy już byłem przy samym źródle, nabrałem wody w dłonie i się jej napiłem. Smak tej wody, był dla mnie niezrozumiale wspaniały. Nigdy nie czułem takiego smaku wody i do tej pory nie potrafię sobie wyobrazić, bym mógł spróbować takiej wody w tym życiu. Z tym smakiem się obudziłem.
Byłem przeszczęśliwy. W tym czasie miałem poważne wątpliwości co do istnienia Boga i bardzo bałem się śmierci. Wyobrażałem sobie nicość i to mnie przerażało. Tej nocy Bóg mnie pocieszył, choć ja tego w pierwszej chwili nie zrozumiałem. Kiedy jedząc śniadanie powiedziałem mojej mamie o tym śnie, ona podsumowała, że z pewnością chciało mi się pić. Dzisiaj mam 30 lat. Kilka lat temu usłyszałem piosenkę zespołu COMA, którego tekst opisuje to co przeżywałem w czasie, gdy spadałem w dół otchłani.
Ten sen można odczytać nie jako wizję „tamtej strony”, lecz jako doświadczenie graniczne, w którym lęk przed nieistnieniem zostaje skonfrontowany z obietnicą sensu. Otchłań, przez którą spadałeś, nie musi oznaczać kary ani potępienia, ale stan świadomości człowieka pozbawionego punktu odniesienia – moment, w którym wszystko, co znane, rozpada się i przestaje dawać oparcie. To właśnie w takim stanie rodzi się najgłębszy strach: nie przed cierpieniem, lecz przed utratą znaczenia, przed przekonaniem, że istnienie może zakończyć się całkowitą pustką. Pojawienie się światła i źródła nie jest prostym przeciwieństwem ciemności, lecz odpowiedzią na wyczerpanie walki. Dopiero gdy przestaje się krzyczeć i bronić przed nicością, możliwe staje się przyjęcie czegoś, co nie pochodzi z wysiłku ani z kontroli. Woda, której smak pozostał w pamięci, nie symbolizuje nagrody, ale doświadczenie istnienia, które nie musi się tłumaczyć ani uzasadniać. Jest to byt dany, a nie zdobyty – istnienie, które po prostu „jest” i dlatego przynosi pokój. Z perspektywy czasu widać, że sen nie rozwiązał wątpliwości intelektualnych ani nie usunął pytań o Boga, lecz dotknął czegoś głębszego niż rozum: lęku egzystencjalnego. To, co wtedy zostało przeżyte, nie było dowodem, lecz pocieszeniem – nie argumentem, lecz doświadczeniem, które mogło dojrzewać latami. Fakt, że znaczenie snu stało się czytelne dopiero po czasie, pokazuje, że niektóre odpowiedzi nie są dane po to, by je natychmiast zrozumieć, ale by stopniowo oswajać człowieka z myślą, że istnienie ma ciąg dalszy, nawet jeśli nie potrafi on jeszcze nazwać jego formy.

Komentarze
Prześlij komentarz