Dzisiaj miałem dziwny sen. Śnił mi się kościół. Zwykły kościół w stylu neogotyckim zbudowany, z czerwonych, przepalanych cegieł. Kiedy się mu przyjrzałem, zobaczyłem wyłaniający się z tego kościoła, nadbudowany taki sam kościół, ale sięgający ponad chmury. Widok był przepiękny i z trudem ogarniałem wzrokiem jego wielkość i strzelistość.
To była jakaś wycieczka, na którą pojechałem ja i mój tata. Przyjechaliśmy pod ten kościół białym samochodem i zaparkowaliśmy na przyległym parkingu obok lasu z którego wyjechaliśmy. Obeszliśmy ten nieogarniony wzrokiem kościół wokół. Wszedłem do środka kościoła, przez ciasne i małe wejście, jakby do groty przypominającej grób Pański. Wchodząc, ze względu na rozmiar przejścia, byłem zmuszony do głębokiego pokłonu. W środku nie wydawał się ten kościół tak wielki i przypominał bardziej małą stajenkę, podobną do tej w Betlejem, gdzie narodził się Jezus. Był tam zakonnik w białym habicie, który pilnował świątyni i nie pozwolił mi wejść dalej. Wtedy wyszedłem i miałem problemy ze znalezieniem mojego taty. Jakby gdzieś pobłądził i nie mogliśmy się odnaleźć. Wtedy się obudziłem.
Ten sen można odczytać jako obraz wewnętrznej drogi wiary, w której to, co zewnętrzne i monumentalne, stopniowo ustępuje miejsca temu, co ukryte, pokorne i osobiste. Kościół sięgający ponad chmury nie musi oznaczać instytucji ani budowli, lecz ideał – wizję duchowości, która przekracza ludzkie możliwości pojmowania i wykracza poza codzienne doświadczenie. Jego strzelistość może symbolizować pragnienie absolutu, tęsknotę za Bogiem, który jest „ponad”, a jednocześnie zaproszeniem do drogi w głąb. Fakt, że ogrom tej konstrukcji był trudny do ogarnięcia wzrokiem, wskazuje na granice ludzkiego poznania wobec tajemnicy Boga i sensu istnienia.
Jednocześnie wejście do wnętrza prowadziło nie przez szeroką bramę, lecz przez ciasne, niskie przejście, wymagające pokłonu. To wyraźny znak, że dostęp do sacrum nie dokonuje się przez wielkość, ambicję czy podziw dla formy, lecz przez uniżenie, zgodę na ograniczenie i rezygnację z własnej wyprostowanej postawy. Pokłon nie jest tu gestem przymusu, lecz warunkiem przejścia – bez niego nie da się wejść głębiej. To wskazuje, że prawdziwe spotkanie z Bogiem dokonuje się nie w zachwycie nad tym, co imponujące, ale w akcie wewnętrznej zgody na prostotę.
Wnętrze, które okazało się małe i skromne, przypominające stajenkę, sugeruje paradoks duchowości: to, co największe, objawia się w tym, co najmniejsze. Bóg nie zamieszkuje przestrzeni przytłaczających rozmachem, lecz miejsca ciche, kruche i pozbawione splendoru. Obecność zakonnika, który nie pozwala wejść dalej, może symbolizować granicę aktualnego etapu drogi – nie karę ani odrzucenie, lecz znak, że pewne przestrzenie wymagają dojrzałości, czasu lub innego rodzaju gotowości. Strażnik nie jest wrogiem, lecz świadkiem porządku, który nie pozwala przyspieszać tego, co musi dojrzeć.
Ojciec w tym kontekście może oznaczać zarówno realną więź, jak i symbol stabilności, tradycji, a nawet obraz Boga jako Tego, który prowadzi. Jego chwilowa nieobecność nie musi oznaczać utraty, lecz etap poszukiwania – konieczność samodzielnego przejścia przez moment niepewności.

Komentarze
Prześlij komentarz