Czasem czuję się jak Mojżesz — ten, który przez długie lata prowadzi ludzi jedną drogą ku Ziemi Obiecanej, a gdy wreszcie widzi ją z bliska i jest o krok od wejścia, wycofuje się w ustronne miejsce i odchodzi. Wyobrażam sobie siebie stojącego na granicy Raju, do którego wszyscy dążymy, a jednak wiem, że nie jest mi pisane wejść do niego za życia. Ta świadomość przynosi żal, ból i głębokie poczucie utraty tego, co najcenniejsze.
Towarzyszy mi również wielka tęsknota za miejscem odpoczynku. Bywa, że będąc już tak blisko celu, czuję, że moją drogą jest odejść. Jednocześnie wierzę w zmartwychwstanie dusz ludzkich, w powrót w nowym ciele i z odnowionym duchem. Ta wiara daje mi pociechę i siłę, by odejść w pokoju, bez buntu, z ufnością.
Mojżesz wędrował z Izraelem przez czterdzieści lat, błądząc po pustyni nie bez powodu. Był to czas oczyszczenia Narodu Wybranego z „choroby Egiptu” — z jego tradycji, wspomnień i bólu, które głęboko zraniły lud i ciążyły nad nim przez pokolenia. Dopiero gdy wymarło całe pokolenie naznaczone niewolą, pielgrzymka mogła zostać ukończona.
Gdy cel był już w zasięgu wzroku, Mojżesz z pokorą wycofał się i odszedł. Tylko w ten sposób cały Naród Wybrany mógł dostąpić zaszczytu wejścia w obietnicę Boga i uczestniczyć w wielkiej radości. Jego odejście nie było porażką, lecz koniecznym dopełnieniem drogi.
Gdy Jezus zapowiadał nadejście Królestwa Bożego, powiedział, że nie przeminie jedno pokolenie, aż wszystko to się stanie. Gdyby cała ludzkość w jednej chwili przyjęła Jego słowa jako prawdę, jeszcze wtedy, gdy był On na ziemi w ciele, Królestwo Boże z pewnością by nadeszło. Jednak z powodu zatwardziałości ludzkich serc historia potoczyła się inaczej.
Podobnie jak Naród Wybrany, ludzkość musi błądzić i czekać, aż wymrze w niej to, co chore: stare tradycje, bolesne wspomnienia i ciężar przeszłego świata, który zranił całą rodzinę ludzką. Przyjście Jezusa było jak wyjście ludzkości z Egiptu, a dotarcie do Królestwa Bożego — które już jest, choć jeszcze nie w pełni objawione — będzie osiągnięciem celu, do którego wszyscy jesteśmy powołani.
Ci, którzy oczyszczą się z ran własnych i dziedziczonych po przeszłych pokoleniach, dostąpią Królestwa Bożego już za życia. W tym sensie słowa Jezusa o pokoleniu, które nie przeminie, pozostają prawdziwe. Nie chodzi jednak o przetrwanie biologiczne, lecz o rzeczywistość duchową.
Pokolenie to należy rozumieć globalnie — jako tych, którzy za życia uśmiercą w sobie starego człowieka i pozwolą się przemienić tak głęboko, że będą zdolni przyjąć chwałę Królestwa Bożego bez konieczności przejścia przez bramę śmierci cielesnej. A jednak każdy musi umrzeć, tak jak umarł Jezus. Różnica polega na tym, że niektórzy przejdą przez tę śmierć w sposób jakby „sztuczny” i bezpieczny, z pewnością natychmiastowego przebudzenia.

Komentarze
Prześlij komentarz