Jakiś czas temu miałem sen, który do dziś wraca do mnie z niezwykłą wyrazistością. Szedłem ulicą, wśród codziennego ruchu ludzi, mijając budynki, które niczym szczególnym się nie wyróżniały. W pewnym momencie zauważyłem kościół. Nie był monumentalny ani ozdobny — raczej skromny, niemal wtapiający się w zabudowę miasta. Przed jego wejściem zobaczyłem Jezusa.
Przechadzał się wśród ludzi, ubrany w białą szatę. Miał czarną brodę i średniej długości czarne włosy. Wyglądał zwyczajnie, a jednocześnie inaczej niż wszyscy. Kiedy Go zobaczyłem, nie uwierzyłem. Pomyślałem, że to tylko złudzenie albo gra wyobraźni. Chciałem iść dalej, jakby nic się nie stało, jakby nie było w tym obrazie niczego istotnego.
Wtedy jednak zobaczyłem drugiego Jezusa. A zaraz potem trzeciego — takiego samego. W tym momencie zrozumiałem, że to nie przypadek. To było potwierdzenie, którego potrzebowałem. Zatrzymałem się i podszedłem bliżej kościoła.
Jezus siedział na schodach. Nie przemawiał, nie nauczał, nie czynił znaków. Siedział jak żebrak i prosił o pieniądze. Wyciągnąłem pięć złotych, lecz gdy chciałem Mu je podać, upuściłem monetę na ziemię. W tej samej chwili te pięć złotych stało się w moich oczach ogromne — jakby nagle nabrało zupełnie innego ciężaru i znaczenia.
Jezus podniósł pieniądz z ziemi. Nie zrobił mi wyrzutu. Nie spojrzał z wyrzutem. Po prostu pozwolił mi wejść do kościoła.
W środku panowała jasność. Przestrzeń przypominała salę kinową — trwała projekcja filmu, który dobiegał już końca. Obok, przy długim stole, odbywała się uroczysta uczta. Wszędzie było światło, spokój i porządek. Poczułem pragnienie. Na stole, przy którym siedziałem ja i moi bracia w Panu, stały rozpoczęte pięciolitrowe butelki z wodą. Nie chciałem pić z już otwartych naczyń. Czułem, że to nie jest właściwe.
Wtedy zauważyłem obok, na kredensie, wiele nieotwartych butelek. Podszedłem, sięgnąłem po jedną z nich i napiłem się. W tej chwili się obudziłem.
Kiedy otworzyłem oczy, nie rozumiałem jeszcze w pełni znaczenia tego snu. Jednak niemal natychmiast pojawiła się myśl, która była jasna i bolesna zarazem. Zrozumiałem, że nie zatrzymałem się przy Jezusie. Zamiast zostać z Nim, zamiast cieszyć się Jego obecnością, od razu wszedłem do kościoła. On mnie tam zaprowadził. On wskazał mi drogę. A ja Go zostawiłem na zewnątrz.
Było mi przykro. Uświadomiłem sobie, że wchodząc do kościoła, nie znalazłem Go tam. Zrozumiałem, że Jezus był obecny w tym żebraku, siedzącym na schodach. I że to Jego minąłem.

Komentarze
Prześlij komentarz