Tego dnia miałem sen. Szedłem ciemnym korytarzem. Miałem przeczucie, że zbliża się czas Jezusa. Odwróciłem się za siebie i zobaczyłem Grób Pański. Z grobu zaczęło wydobywać się światło i coś na wzór błyskawic. Wiedziałem, że to już teraz. Chciałem przywitać zmartwychwstałego Jezusa. Na końcu korytarza był uskok w kształcie litery „L”. Pomyślałem, że zrobię niespodziankę Jezusowi i poczekam na niego za zakrętem. Odczekałem chwilę i z za zakrętu, zamiast Jezusa, wyłoniła się kobieta w zwiewnej szacie. Czułem, że ona zaprowadzi mnie do Jezusa. Złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Była to drobna i szczupła kobieta. Podeszliśmy do wąskiego i ciasnego tunelu. Miałem wrażenie, że jestem w moim domu. Ona bez problemu zmieściła się w przejściu. Ja wiedziałem, że się nie przecisnę, mimo tego, że próbowałem przejść na czworakach czy czołgając się. Bałem się, że się zaklinuję i zostałem w domu. W tym momencie obudził mnie budzik Rano poszedłem do kościoła. W kościele trochę czasu poświęciłem na myślenie, o moim śnie. Przypomniały mi się wtedy słowa Jezusa, o tym, że brama do Królestwa Bożego jest ciasna, jak ucho igielne. Wielbłądy, żeby przejść przez to ucho – małą bramę – muszą przejść na klęczkach. Miałem wrażenie, że jestem za duży – za dużo we mnie pychy, a za mało pokory. Dlatego nie potrafiłem zmieścić się w tym przejściu, podobnie jak w moim śnie.To były moje pierwsze roraty w tym roku. Rozpoczęło się kazanie. Uświadomiłem sobie, że w pierwsze dni rorat, mowiono o świętych, którzy bardzo mnie kiedyś pociągali i dodawali sił do rozwoju duchowego. Była tam mowa o św. ks. Janie Bosko i św. Dominiku Savio. Mocno odbili się oni na moim życiu, podobnie jak św. Jan od Krzyża, św. Teresa Wielka i św. siostra Faustyna. Trochę było mi żal, że od początku nie uczestniczyłem w roratach. Na kazaniu ksiądz mówił o św. Franciszku Ksawerym – pierwszym misjonarzu w Japonii i jego uczniu Pawle Mika. Opowiadał o tym, że Ci którzy w tym czasie wierzyli w Jezusa w Japonii i nie zaparli się Jego imienia, zostali skazani na śmierć. Mówiono o dużej liczbie męczenników. Jednak opowiadanie opisywało przede wszystkim Pawła Mikę i dwóch ministrantów – jednego 12 letniego, a drugiego 13 letniego. Wszyscy zostali skazani na śmierć przez ukrzyżowanie. Jeden z tych ministrantów zapytał się oprawców – „który krzyż jest jego”. Kiedy ministrant dowiedział się na którym krzyżu umrze, podszedł do niego i przytulił się, dziękując za to, że umrze jak Chrystus. Ja jestem dosyć gruboskórny i rzadko płaczę, ale w tej chwili, gdy wyobraziłem sobie, jak ten chłopiec przytula się do krzyża i uroniłem w kościele dwie duże łzy.
Po Mszy Świętej pomyślałem, że tak na prawdę Bóg, przez tą śmierć, im pobłogosławił. Oni byli szczęśliwi, że umierają dla Chrystusa. Od początku swojej drogi jako chrześcijanie byli prześladowani, wyśmiewani, odrzucani, a ta śmierć była dla nich wybawieniem od całego świata. Mogli spokojnie odejść do Pana i zapomnieć o zepsutym świecie bez wiary w Chrystusa. Ja w tym czasie czułem dużą bliskość z tymi męczennikami. Też czasami chciałem już odejść. Chciałem mieć święty spokój. Nie chciałem być cały czas źle oceniany przez to, że wierzę w Chrystusa. Dwa tygodnie wcześniej zostałem zwolniony z pracy. Wcześniej też długo nie pracowałem w jednym miejscu. Wiem, że bardzo źle odbierane jest to, że mówi się w miejscu pracy o Bogu i wierze, więc starałem się ograniczać. Mimo to myślę, że pracodawcy wyczuwają, kiedy ktoś ma silną wiarę. Wyczuwają to także inni pracownicy. Wiara w człowieku jest w dzisiejszych czasach źle odbierana i często wystawiana na pośmiewisko – szczególnie, kiedy ktoś o niej głośno mówi. Zawsze tak było i dlatego Jezus został zabity. To jednak nie znaczy, że zawsze ma tak być. Mam jednak nadzieję, że moje słowa, są dla Was, jak mała iskierka dająca życie w Trójcy Świętej dzięki Bogu w niej ukrytemu.

Komentarze
Prześlij komentarz