wtorek, 12 marca 2013

Dzisiaj rozpoczęło się konklawe. Benedykt XVI abdykował. Teraz czekamy na wybór jego następcy. Jest to dla mnie czas oczekiwania i wielkiej nadziei na dobre zmiany. Myślami jestem z kardynałami i proszę dla nich o łaski i dary Ducha Świętego, które pomogą im w dobrym wyborze.

Byłem również dzisiaj w spowiedzi - często korzystam z tego sakramentu. Potem wróciłem do domu i oglądałem jak kardynałowie składają przysięgę. Po przysiędze wszyscy opuścili kaplicę Sykstyńską. Zjadłem kolację i poszedłem na Mszę Świętą. Po mszy schola w mojej parafii zorganizowała nabożeństwo o tematyce krzyża pod nazwą "Światło - Dźwięk". Podczas tego nabożeństwa były prezentowane zdjęcia gdzie tematem przewodnim był krzyż a temu wszystkiemu towarzyszyła muzyka, śpiew i rozważania. Jedno ze zdjęć przedstawiało krzyż w świetle zachodzącego słońca i w oddali maleńka postać pod krzyżem. Wtedy pomyślałem, że nawet jeśli wszyscy już odejdą od krzyża, na którym umarł Jezus, ja pozostanę jak ta maleńka postać - nawet jeśli będę tam zupełnie sam.

Podczas tego nabożeństwa postanowiłem, że napiszę tutaj, co było jednym z przeżyć jakie miałem podczas rekolekcji oazowych, na których byłem wiele lat temu. Podczas tych rekolekcji pojechałem do Warszawy by prosić rektora o przyjęcie mnie do seminarium. Rektor wyraził zgodę. Następnego dnia byłem już w szpitalu. Miałem wrażenie, że jestem pomiędzy dwoma skrajnościami - nazywałem to ciemnością i jasnością. Czasem pochłaniała mnie ciemność a czasem jasność. Tam gdzie była ciemność czułem zmęczenie i strach. Tam gdzie była jasność przepełniała mnie miłość i poczucie szczęścia. W pewnym momencie byłem tak blisko tej jasności, światła, Boga, miłości, że wydawało mnie się jakbym się rozpływał i niknął. Moja świadomość istnienia była bliska "0". Miałem wrażenie jakby za tym światłem już nic nie było - tylko Bóg i miłość ale mnie - jako świadomość istnienia - już tam miało nie być. Po miesiącu wyszedłem ze szpitala ponieważ mówiłem lekarzom, to co chcieli usłyszeć. Dobrze się stało, że wyszedłem, bo tylko w ten sposób mogłem wrócić do rzeczywistości. Często ten stan wracał do mnie w następnym roku, by ostatecznie wybuchnąć ponownie. Kolejny pobyt w szpitalu przez 1,5 miesiąca. Zmiana tabletek. Nie czułem żeby tabletki mi pomagały. Czułem za to po tabletkach otępienie i ospałość. Dopiero podczas tego drugiego pobytu w szpitalu, kiedy po raz pierwszy powiedziałem temu stanowi stanowcze "NIE" wszystko zaczęło powoli się cofać. Zauważyłem tą zależność, że kiedy mówię w myślach "NIE" wracam. Po pewnym czasie zacząłem również bardzo świadomie mówić "TAK" wtedy kiedy odczuwałem, że mogę to powiedzieć i będzie to dla mojego dobra i zdrowia. Tak to wyszedłem z tego stanu i wróciłem do rzeczywistości.

Wnioski po tym doświadczeniu mam następujące:
Bóg jest miłością. Kiedy umieramy jednoczymy się z tą Miłością i się w niej rozpływamy. Mam jednak wciąż nadzieję, że gdzieś w tym rozmytym "ja" - tam gdzie już nie czuję istnienia tylko i wyłącznie obecność Boga, tam jest gdzieś zakodowany mój niewidoczny obraz. Wierzę, że słowa Jezusa były Prawdą i wierzę, że kiedyś ta Miłość zstąpi na ziemię. Wtedy z tej miłości zostaną wyłuskane obrazy ludzi - ich ślady, by ostatecznie ich wskrzesić z martwych. Chciałbym żeby były tam obrazy wszystkich ludzi jednak mam pewne wątpliwości, czy każdy będzie w stanie pójść za tym światłem i pozwoli na utratę świadomości i swojego "JA". Dla mnie było to bardzo trudne i nie wiem czy będę w stanie tam wrócić kiedy już Bóg powoła mnie do siebie. Mam jednak nadzieję, że kiedy już przyjdzie ten czas również mój obraz znajdzie się w tej miłości, bym mógł ucztować w Królestwie Bożym razem z Jezusem i Jego świętymi. Myślę też, że to przebywanie w światłości nie będzie trwało długo. Będzie to jakby mignięcie - przejście na drugą stronę - i albo uda mnie się przejść albo nie. Po tym przejściu będzie dla mnie nowe narodzenie w nowym idealnym ciele, które będzie przepełnione miłością i zjednoczeniem z innymi świętymi, gdzie będzie przewodził Jezus. Będzie to nowy idealny świat przyszłości, który będzie już gotowy na przyjęcie nauki i całej rzeczywistości Jezusa. Oczekuję tego momentu z utęsknieniem.

Ta Miłość - światło, to jakby księga w której są zapisani wszyscy święci. Ta Miłość - Jezus - Bóg zaświadczy o nas i pozna nas po śladach pozostawionych przez obecność i zjednoczenie się w Nim. To będzie wymagane byśmy mogli być wskrzeszeni. Później jednych Jezus postawi po prawej swojej stronie a drugich po lewej swojej stronie. Wtedy już będzie nas oceniał po naszych owocach - po tym co pozostawiliśmy po sobie na ziemi - co było dobre a co złe w naszym życiu i co zrobiliśmy dla krzewienia wiary i dobra na ziemi - również przez pomoc tym najbiedniejszym i uciśnionym, w których On jest. Ci źli pójdą tam gdzie jest miejsce zła a ci dobrzy tam gdzie jest miejsce dobra. Tak to wszystko co Jezus zapowiedział wypełni się i poznamy całe stworzenie takim jakie jest na prawdę. Cały świat powinien dążyć do przygotowania miejsca na przyjście Jezusa i dopóki wszyscy nie będą na to gotowi, dopóty to nie nastąpi. Jednak choć wszyscy już nieświadomie będą na to gotowi, On przyjdzie z zaskoczenia i nikt nie będzie się go spodziewał. Nikt nie będzie wiedział, że to już teraz, choć będą towarzyszyły temu wielkie znaki.

Nie wiem kiedy to wszystko się stanie. Nie wiem czy mój sen sprzed lat (który opisywałem w niedzielę 9 grudnia 2012) dotyczy zdarzeń po ponownym przyjściu Jezusa na ziemię czy przed. Jednak musimy być świadomi tego, że wcześniej czy później ziemię będziemy zmuszeni opuścić w poszukiwaniu nowej planety - jakby ziemi obiecanej. Wynika to między innymi z zagrożeń, które wciąż są bliskie ziemi. Nawet jeśli jakiekolwiek inne zagrożenie jej nie zniszczy to ostatecznie dopełni dzieła nasze Słońce, które ją pochłonie. Czy do tego czasu będzie już Jezus na ziemi? Tego nie wiem - czas pokaże - Ojciec wie. Wszystko zależy od tego jak ludzie będą się wsłuchiwali w Jego głos i jak szybko przygotują z Jego pomocą ziemię na powtórne przyjście Mesjasza. Gdyby tylko ludzie słuchali Jezusa kiedy był na ziemi, to rzeczywiście nie minęłoby jedno pokolenie kiedy On przyszedłby powtórnie na ziemię. Jednak ludzie idą w swojej historii pokrętnymi i zawiłymi drogami - często z daleka od woli Boga i stąd tak długo musimy czekać na Jego powtórne przyjście. To nie Bóg się ociąga tylko świat, który nie chce Go przyjąć.